• Miastoprojekt

Historia samochodów z wtyczką – coś dla eko i moto fanów

Kiedy kilka lat temu angażowaliśmy się w budowę konstrukcji stalowej fabryki baterii dla koreańskiego koncernu LG w Kobierzycach (dolnośląskie), eksperci przepowiadali sukces masowemu powrotowi użytkowników samochodów elektrycznych na świecie.    Obecnie, gdy każdy producent ma w swojej ofercie wybór modeli samochodów na baterię, a wspomniana fabryka rozbudowuje się do największego zakładu produkcji akumulatorów EV na świecie, nikt już nie ma wątpliwości, że z tym sektorem wiąże się ogromny wzrost użytkowników i popyt na ekologiczne pojazdy. 

ELEKTROMOBILNOŚĆ. Gdzie jesteśmy, a gdzie byliśmy?

W końcu XIX wieku pojazdy elektryczne były równie popularne jak te napędzane silnikami spalinowymi. Kolejne patenty inżynierskie udoskonaliły technologię, stanowiąc o sile tej branży. Auta elektryczne potrafiły pokonać kilkadziesiąt, a nawet 100 kilometrów w niemal zupełnej ciszy. Cechowały je prostota obsługi, a jedyne, czego wymagały, to dostępu do prądu. Ładowanie akumulatorów przeciętnie trwało około 10 godzin. Przypomnijmy, że akcja dzieje się ponad 120 lat temu! Współczesne dylematy związane z autami z wtyczką są łudząco podobne do modeli pionierskich – zasięg do przejechania na pełnej baterii i czas jej ładowania.

Jazda po rekord.

Do roku 1900 pojazdy elektryczne biły wiele rekordów prędkości i długości przebytych tras. Przenieśmy się na chwilę do tamtych czasów i odkryjmy historię z elektromobilnością w tle (a raczej na pierwszym planie).

Camille Jenatzy z żoną podczas parady w pojeździe La Jamais Contente w 1899 roku /fot. Wikipedia/

Jest rok 1899, Achères koło Paryża. Za kierownicą elektrycznego pojazdu La Jamais Contente siada charyzmatyczny, 31 letni Belg, Camille Jenatzy. Z tematyką automobilową zawsze mu było – nomen omen – po drodze. Jego ojciec produkował gumowe opony, co było nowością w tamtych czasach. Camille studiował kierunki inżynierskie, pasjonował się możliwościami, jakie daje napęd elektryczny. Wreszcie został sportowym kierowcą rajdowym, kochającym prędkość i ryzyko. Przydomek „Czerwony Diabeł” znakomicie oddaje jego charakter w życiu i na drodze. Podczas wyścigu interesowało go bycie najlepszym oraz ustanawianie kolejnych rekordów prędkości. Wracamy do Francji i wiosennego przedpołudnia z końca XIX wieku. To właśnie wtedy zmierzono Belgowi nowy rekord świata. Prowadził swojego „elektryka” z prędkością 105,88 km/h. Czy jest w historii postać, która bardziej zasługiwała na złamanie magicznej granicy prędkości 100 km na godzinę? Tego wyczynu dokonał pojazdem elektrycznym wyposażonym w dwa silniki o mocy 25 kW każdy. Przez kolejne trzy lata nikomu nie udało się być szybszym od „Czerwonego Diabła”. Człowiek, który pokochał silniki elektryczne i szybkość zginął śmiercią tragiczną, jednak nie w wypadku samochodowym, jak mogłoby się nasuwać w pierwszym skojarzeniu. W 14 lat po ustanowieniu rekordu, podczas polowania, trafiła go zabłąkana kula.

Tyle sentymentów z epoki fin de siècle. Co się stało potem – dobrze wiemy, nawet jeśli nie historia motoryzacji to nie Wasz konik. Optymalizacja produkcji silników spalinowych, lepsze osiągi i szybkie zaspokajanie potrzeb związanych z tankowaniem paliwa spowodowały, że kolejne Fordy znajdowały nabywców i schodziły z taśmy produkcyjnej jeden po drugim. Przerzucenie się na nie przez dotychczasowych użytkowników aut z wtyczką było już tylko kwestią czasu.

Patrzymy w przyszłość.

Dzisiaj wzrost zainteresowania samochodami elektrycznymi jest bezpośrednio związany z ochroną zasobów naturalnych i rozwojem transportu niskoemisyjnego. Według badań to właśnie transport odpowiada za jedną czwartą emisji gazów cieplarnianych w krajach Unii Europejskiej. Elektromobilność jest już nie tyle alternatywą, ale koniecznością. Stwarza realne perspektywy na poprawę jakości powietrza i istotnie przyczynia się do ograniczenia hałasu o pochodzeniu komunikacyjnym. Zgodnie z założeniami Europejskiego Zielonego Ładu kraje UE dążą do zmniejszenia emisji o 90 proc. do 2050 r.

fot. Pixabay

Dane z raportu ACEA (The European Automobile Manufacturers’ Association) pokazują, że na razie pomiędzy poszczególnymi krajami UE w zakresie rejestracji aut osobowych z silnikiem elektrycznym jest przepaść. Podczas gdy w Niemczech w pierwszym kwartale 2021 roku zarejestrowano prawie 65 tyś. takich pojazdów, to już będąca na drugim miejscu Francja zanotowała wynik o połowę gorszy. Dla porównania w Polsce w przedziale od stycznia do marca 2021 zarejestrowano 940 samochodów elektrycznych, w Czechach w analogicznym okresie 572 auta. Dysproporcje pomiędzy liderami, a pozostałymi krajami są jak widać ogromne.

Co z ładowaniem baterii? Szacuje się, że do 2025 r. potrzebny będzie około 1 mln publicznych stacji ładowania i tankowania do obsługi 13 mln bezemisyjnych i niskoemisyjnych pojazdów na europejskich drogach.

Światełko w tunelu.

W tych na razie niezbyt optymistycznych statystykach widać jednak światełko w tunelu. W wielu krajach UE liczba aut z wtyczką każdego roku zwiększa się mniej więcej o połowę. Cieszy taka dynamika wzrostu, chociaż nawet przy jej utrzymaniu będzie niezwykle ciężko osiągnąć w Polsce zapowiadany przez rząd pierwszy milion aut elektrycznych do 2025 roku.

fot. Pixabay

Jedno jest pewne. Jeśli chcemy oddychać powietrzem bez spalin i doceniać ciszę w centrum miasta, musimy sami zmieniać swoje preferencje zakupowe. Każde kolejne auto z napędem elektrycznym na polskich drogach przybliża nas do celu, którym nie są liczby same w sobie, ale zdrowsze, dłuższe życie.